Wybieramy się do maleńkiego Bagieńca. Pod kino Helios podjeżdża dusza człowiek, Jan Brzeźny. Pakuję mu się na przednie prawe koło. Tzn. wsiadam do auta. Niemal natychmiast odzywa się komórka pana Janka. Zgadnijcie, w jaki sposób. Oczywiście, legendarnym sygnałem anonsującym przed laty transmisje z Wyścigu Pokoju. Taak, wszystko staje się jasne.
Ponoć zawsze miał nosa i szczęście, gdy chodzi o unikanie kraks. - Tak było. Gdy tylko odjeżdżałem, zaraz z tyłu robiła się kupa - zapewnia. W maju 1963 roku wygrał etap Wyścigu Pokoju w Zielonej Górze. W generalce najwyżej był 11. - Bo zawsze trzeba było na lidera jechać. Na Stasia Gazdę, Bogusia Fornalczyka - wymienia Casanova z Mokrzeszowa. - 1961 rok, Olsztyn, Wyścig Pokoju. Nie mogłem ze stołówki wyjść, bo czekał szpaler kobiet. Albo Gdynia. Ciągle mnie ktoś zatrzymywał, skończyłem wyścig z naręczem kwiatów. Myślałem, że wszyscy je dostali, ale patrzę później, że tylko ja - śmieje się. - Przepraszam, ale po tym wypadku wpadam w takie skrajne stany.