Jacek Łuczkiewicz, wicemistrz Polski: Ja wam jeszcze pokażę !
Dodane przez redakcja dnia 03 czerwca 2016 16:58
Na mistrzostwa jechałem z nadzieją na poprawę ubiegłorocznych pozycji i zmniejszenie dystansu dzielącego mnie od najlepszych. Solidny trening i wsparcie, jakie otrzymałem od klubu Rycerze Rolanda Maciejewski Team powodowały, że miałem pewne powody do optymizmu. Zimowe przygotowania nie były jednak bezproblemowe. Kiepska pogoda, nawał obowiązków zawodowych lub domowych powodował, że z „profesjonalnie” przygotowanego planu co i rusz trzeba było nieprofesjonalnie wykreślać kolejne treningi. Proza życia. Poza tym trochę siłowni, sporo regeneracji oraz szlifowanie umiejętności puszczania koła na treningu równie ważnej jak umiejętność trzymania koła na wyścigu. Wymontowałem też z roweru licznik. Zbytnie sugerowanie się średnia prędkością lub, co gorsza, traktowanie jej jako główny cel treningu powodowało, że potem w czasie wyścigów miałem dokładnie to co trenowałem, czyli prędkość... średnią.

Do Zduńskej Woli przyjechaliśmy w piątek więc był czas na ostatni trening na trasie wyścigu. Potem już tylko odpoczynek i dbanie o odpowiedni zapas glikogenu. Następnego dnia od rana trochę spraw organizacyjnych, spokojny objazd trasy z kolegami z Rawexu, relaks, rozgrzewka i przed 15:00 ruszyłem z rampy startowej. Z jazdy pamiętam niewiele. Tradycyjną astmatyczną zadyszkę na początku, trochę cyferek z licznika i pulsometru oraz tabliczki odliczające kolejne kilometry. Na mecie sumienie miałem czyste - wyjechałem się do końca. Dzięki pomocy Pawła Draba jeszcze zanim poznałem wyniki udało mi się znaleźć partnera na niedzielną jazdę parami. Podczas wspólnego rozjazdu spotkaliśmy kolegę Pawła, który w zasadzie przyjechał tylko na start indywidualny, ale w sumie czemu nie - mógłby pojechać też w parze ze mną. Dopiero po jakimś czasie dowiedziałem się, że tym kolegą jest olimpijczyk, wielokrotny medalista Mistrzostw Świata i Europy, kilkunastokrotny Mistrz Polski i świeżo upieczony Mistrz Polski Masters Grzegorz Krejner. I wtedy zaczął się stres. Był to partner najlepszy z możliwych lub... najgorszy. Z jednej strony jadąc z nim wystarczy nie zepsuć zbyt wiele, ale z drugiej, patrząc na solidne, umięśnione, torowe uda mogłem domyślać się jakich prędkości powinienem spodziewać się na trasie. W niedzielę było tak jak przypuszczałem, czyli ciężko. Podział ról był taki, że ja jadę pod górę, a Grzegorz rozkręca po zakrętach i na lekkich zjazdach. Robił to bardzo płynnie, ale mimo wszystko po swoich mocnych zmianach musiałem sięgać rezerw żeby załapać się na koło przelatujacego obok Pendolino. Po ogłoszeniu wyników okazało się, że jesteśmy na drugim miejscu z 5-sekundową stratą do zwycięzców. Zadecydować mógł brak jednego choćby wspólnego treningu i kilka momentów zawahania na trasie. Trochę żal, ale za rok będzie okazja do rewanżu. Szkoda tylko, ze z innym partnerem bo ja przechodzę do kategorii M50A, gdzie czekają już na mnie Jurek Sikora i Paweł Drab.

Korzystając z okazji chciałbym podziękować mojej żonie za cierpliwość i wyrozumiałość. Przepraszam za zaniedbany troche trawnik i bałagan w garażu. Na koniec krótko. Dziękuję Pawle za partnera. Grzegorz - dziękuje za wspólna jazdę. Jurek Sikora - dzięki za wyznaczenie poziomu do którego powinienem dążyć.

fot. Katarzyna Bańka
Rozszerzona zawartość newsa
Kilka słów o organizacji. Dla mnie - bez uwag. Trasa ciekawa, przygotowana perfekcyjnie i bardzo dobrze zabezpieczona. Trudniejsza niż to wynikało z mapki i opisu. Z kilkoma technicznymi zakrętami, ciasnym nawrotem i w zasadzie płaska. W zasadzie, bo mimo niewielkich przewyższeń cały czas miałem wrażenie, że albo lekko się wznosi, albo opada. No i dwukrotnie pokonywana „premia górska” na wiadukcie nad trasą S8. Rampa startowa efektowna i wygodna. Finisz bezpieczny, w sposób przemyślany oddzielony od kibiców oraz rozgrzewających lub rozjeżdżających się kolarzy - po moich ostatnich doświadczeniach na Amber Road bardzo zwracam na to uwagę. Oprawa imponująca. Krótko mówiąc - poziom organizacyjny dorównywał randze imprezy.

Trochę statystyki. Reprezentowana przez 3 osoby ekipa Rycerze Rolanda Maciejewski Team wróciła z Mistrzostw z trzema medalami. Indywidualnie w kat. M40B byłem 6. z czasem 26:14 i stratą 29 sek. do zwycięzcy. W jeździe parami wraz z Grzegorzek Krejnerem zdobyłem srebro z czasem 25:24. Józef Misiak indywidualnie był drugi w kategorii M70B z czasem 32:19, a następnego dnia do srebra dołożył złoto zwyciężając w parze ze Stanisławem Paterką z czasem 32:24. Trzeci członek ekipy Dariusz Maciejewski tym razem ambicje sportowe odłożył nieco na bok. Skupił się bardziej na zapewnieniu nam jak najlepszych warunków przed startem i niewątpliwie ma bardzo duży udział w naszych sukcesach.